Nie siedem lat w Tybecie, a pięć lat w urzędzie
Dni, tygodnie, miesiące – tyle trwały moje poprzednie prace. A potem 5 lat w jednym miejscu. Dlaczego wilk, który zawsze uciekał, nagle przestał?
LEGOWISKOŚLADY W ŚNIEGU
Wilk Fenrir
12/22/202510 min czytać


U drzwi, za którymi czekała nicość
Stoję u drzwi urzędu. Jest 21 grudnia 2020 roku. Z oczywistych przyczyn nie mogę podać jego nazwy i szczerze mówiąc, nazwa nie ma znaczenia. Mógłby to być każdy urząd, każda firma, każda instytucja. Dla wilka, który przez lata błąkał się od drzwi do drzwi, wszystkie wyglądają tak samo: jak potencjalne pułapki albo tymczasowe schronienia.
Ten post miał pojawić się dokładnie 21 grudnia 2025 roku. Pięć lat co do dnia. Ale wypadło to w niedzielę, a niedziela to dla mnie dzień bez pracy. Zasada jest prosta: nie pracuję w niedziele, nie myślę o pracy w niedziele, nie udaję w niedziele, że cokolwiek ma sens. Dlatego publikuję to w pierwszy dzień roboczy. Bo ta historia zasługuje na dzień roboczy. Powstała przecież z tysiąca takich dni.
Pięć lat. Dla większości ludzi to nic szczególnego. Przeciętna długość zatrudnienia w jednym miejscu. Ale Ja nie jestem przeciętny. Przynajmniej nie w tym sensie. Moja historia zawodowa to cmentarz: tygodnie, miesiące, czasem dni. Tak, dni. Bywały miejsca, z których wychodziłem, zanim zdążyłem zapamiętać imiona współpracowników. Nie raz uciekałem, paląc mosty za sobą.
Ten artykuł nie jest historią sukcesu. Nie jest też historią porażki. Jest brutalną sekcją zwłok nadziei tej, z którą wszedłem do urzędu pięć lat temu, i tego, co z niej zostało. Bo nadzieja się nie spełniła. Ani trochę. A mimo to na dzień pisania zostałem zostałem. I to jest pytanie, które mnie prześladuje: dlaczego wilk, który całe życie uciekał, nagle na ten moment przestał?
Anatomia ucieczki – dlaczego nigdy nie zostawałem
Wzorzec drapieżnika, który sam siebie pożera
Psychologia zna termin "self-sabotage" – autosabotaż. Brzmi klinicznie, sterylnie, jak diagnoza, którą można schować do teczki i zapomnieć. Ale kiedy żyjesz tym wzorcem, nie ma w nim nic sterylnego. Jest brud, wstyd i nieustanne pytanie: co jest ze mną nie tak?
Moja historia zawodowa przed urzędem wyglądała jak mapa ucieczek. Dni. Tygodnie. Miesiące – jeśli miałem szczęście. Firmy, stanowiska, branże – zmieniałem je jak wilk zmienia terytoria, nigdy nie zostając dość długo, by zostawić ślad. Ale wilk zmienia terytoria z określonych powodów: brak pożywienia, zagrożenie, szukanie stada. Ja uciekałem z powodów, których sam nie rozumiałem.
Carl Jung powiedział kiedyś: "Dopóki nie uczynisz nieświadomego świadomym, będzie ono kierować twoim życiem, a Ty będziesz nazywał to losem." Przez lata nazywałem swoje ucieczki losem. Złymi szefami. Toksycznymi środowiskami. Brakiem perspektyw. Wszystko było złe – oprócz mnie.
Prawda była prostsza i boleśniejsza: byłem wilkiem, który nauczył się, że pozostanie w jednym miejscu oznacza śmierć. Nie fizyczną – psychiczną. Gdzieś w mojej historii, w doświadczeniach, których już nie pamiętam, zapisał się schemat: "zostaniesz – zginiesz". A więc uciekałem. Zanim mogłem się przywiązać. Zanim ktoś mógł mnie zranić. Zanim mógłbym przekonać się, że nie jestem wystarczający. Nie raz też na pewno przytłaczała mnie ilość obowiązków oraz samotność i to co się działo w głowie z czym nie mogłem, a w sumie nie potrafiłem Sobie poradzić.
Długie poszukiwania – pustynia między ucieczkami
Każda ucieczka kończyła się w tym samym miejscu: na pustyni poszukiwań. Wysyłanie dziennie setek CV, rozmowy rekrutacyjne, ta sama historia opowiadana inaczej za każdym razem. "Dlaczego odszedł pan z poprzedniej pracy?" Miałem arsenał odpowiedzi: restrukturyzacja, zmiana kierunku kariery, szukanie nowych wyzwań. Żadna nie była prawdą. Prawda brzmiała: uciekłem, bo tak robię. Bo nie umiem inaczej.
Poszukiwania były długie. Czasem bardzo długie. I właśnie wtedy, w tej pustce między ucieczkami, człowiek ma czas na myślenie. Problem w tym, że myślenie o porażkach rzadko prowadzi do przełomów. Częściej do spirali wstydu, która sprawia, że kolejna ucieczka wydaje się jeszcze bardziej uzasadniona.
Iskra nadziei i jej zdrada
Kolejne drzwi, ostatnia wiara
21 grudnia 2020. Stoję u drzwi urzędu z czymś, co nazywam iskrą nadziei. Śmieszne określenie jak na wilka. Wilki nie potrzebują nadziei, potrzebują instynktu. Ale Ja nie byłem już wilkiem. Byłem zmęczonym zwierzęciem, które zbyt długo biegło.
Ta iskra nie była romantyczna. Nie było w niej wizji kariery, sukcesu, spełnienia marzeń. Była tylko myśl: "Może tym razem będzie inaczej. Może to miejsce, gdzie będę mógł się rozwinąć." Rozwój – to słowo klucz. Nie chodziło o pieniądze, prestiż, tytuły. Chodziło o bycie czymś więcej niż uciekającym cieniem.
Viktor Frankl, który przeżył Auschwitz, napisał: "Człowiek może przetrwać prawie wszystko, jeśli ma po co żyć." Moje "po co" było skromne: stać się kimś, kto nie ucieka. Być w miejscu dość długo, by zobaczyć, kim mogę się stać.
Zdrada – ciche rozczarowanie
Nadzieja się nie spełniła. Ani trochę.
To zdanie wymaga powtórzenia, bo jest rdzeniem tej historii. Nie spełniła się ani trochę. Nie było rozwoju, o którym marzyłem. Nie było mentorów, którzy dostrzegliby potencjał. Nie było ścieżki, która prowadziłaby w górę. Był urząd – ze wszystkim, co to słowo oznacza. Biurokracja. Rutyna. Powolność. Hierarchia oparta na donosicielstwie niż stażu, a nie kompetencjach.
Przez pierwszy rok czekałem. "To się zmieni" – mówiłem sobie. "Muszę dać temu czas." Chociaż starsi stażem pracownicy obdzierali mnie ze złudzeń. Wilcza cierpliwość, którą musiałem się nauczyć, bo mój instynkt krzyczał: uciekaj. Drugi rok: czekanie zamieniło się w akceptację. Trzeci: akceptacja w rezygnację. Czwarty i piąty: rezygnacja stała się nową normą.
Rozwój? Tak, rozwinąłem się. Ale nie tak, jak planowałem. Rozwinąłem umiejętność trwania w miejscu, które nie daje tego, czego szukam. Rozwinąłem tolerancję na rozczarowanie i na smak goryczy, który przeżuwałem gdy obserwowałem co się dzieje w moim dziale i jak bardzo jest niedoceniane staranie się oraz ciężka praca. Rozwinąłem też zdolność do chronicznej anestezji emocjonalnej.
Dlaczego wilk przestał uciekać
Hipoteza strachu
Istnieje prosta odpowiedź na pytanie, dlaczego zostałem: strach. Strach przed kolejną ucieczką. Strach przed kolejnymi długimi poszukiwaniami. Strach przed potwierdzeniem, że wzorzec jest silniejszy niż Ja.
Erich Fromm w "Ucieczce od wolności" pisał o tym, jak ludzie rezygnują z wolności, by uniknąć lęku przed nią. Paradoks: uciekałem całe życie, a potem zostałem w miejscu, które mnie nie rozwijało, bo bałem się kolejnej ucieczki. Nie bałem się zostania.
Każde poprzednie odejście było cegłą w murze wstydu. Po pewnym czasie mur był tak wysoki, że jego przeskoczenie wydawało się niemożliwe. Łatwiej było zostać. Łatwiej było też pracować i robić to co się umie zarabiając na swoje potrzeby niż znowu zaciągać kolejne długi.
Hipoteza watahy
Jest też inna odpowiedź, trudniejsza do przyznania: znalazłem watahę.
Nie idealną. Nie taką, o jakiej marzyłem. Ale watahę. Ludzi, którzy przychodzili do tych samych drzwi co ja. Którzy dzielili tę samą przestrzeń, te same frustracje, te same żarty przy kawie. Wilki są zwierzętami stadnymi – nawet te, które przez lata udawały samotników.
Może zostałem nie dlatego, że urząd dał mi rozwój, ale dlatego, że dał mi coś, czego nigdy wcześniej nie miałem: stabilność relacji. Możliwość zobaczenia tych samych twarzy przez wystarczająco długi czas, by coś do nich poczuć.
To właśnie tutaj poznałem garstkę ludzi, z którymi ten czas jest do przeżycia.
Hipoteza tożsamości
Trzecia odpowiedź jest najciemniejsza: może zostałem, bo nie wiedziałem już, kim jestem bez ucieczki.
Przez lata moja tożsamość była zbudowana na byciu tym, który odchodzi. Tym, który nie pasuje. Tym, który jest zbyt dobry/zbyt trudny/zbyt inny, żeby zostać. To była historia, którą sobie opowiadałem. A potem, w urzędzie, ta historia przestała działać.
Zostałem – i nagle musiałem zmierzyć się z pytaniem: kim jestem, jeśli nie tym, który ucieka? Odpowiedź była przerażająca w swojej prostocie: nikim szczególnym. Zwykłym człowiekiem w zwykłym miejscu, wykonującym zwykłą pracę. Bez dramatu ucieczki, bez narracji o niedopasowaniu, zostałem sam z sobą.
Jung miał rację o nieświadomym. Przez pięć lat w urzędzie nie rozwinąłem kariery, ale rozwinąłem świadomość. Bolesną, niechcianą, ale prawdziwą.
A propos samej tożsamości, chociaż moja praca wymaga ode mnie najwyższej kultury osobistej i szacunku, czyli rzeczy, które wpajała mi Moja Mama podczas wychowania to jestem zdania, że ta praca ujawnia we mnie najgorsze instynkty.
Wilczyca, która rozpoznała wilka
A potem była Ona.
Zaczęło się od przypadku – jak większość rzeczy, które naprawdę zmieniają życie. Rozmowa o wilkach. Dosłownie. Wilki były u niej na tapecie, tak jak u mnie. Nie metaforycznie – choć metafora przyszła później. Po prostu dwoje ludzi, którzy z jakiegoś powodu fascynowali się tym samym zwierzęciem.
Ale ta rozmowa otworzyła coś więcej. Bo kiedy zaczęliśmy mówić o wilkach, zaczęliśmy mówić o Sobie. I wtedy stało się coś, czego nie doświadczyłem nigdy wcześniej w żadnym miejscu pracy: Ona zobaczyła u mnie to, co sama miała w Sobie. I pokazała mi to.
To nie był klasyczny mentoring. Nie było programu, harmonogramu, celów kwartalnych. Było odbicie. Dwa wilki, które się rozpoznały w stadzie, które nie było ich stadem. Może na początku to była tylko ta chwila rozpoznania – spojrzenie, które mówi "wiem, kim jesteś, bo sama taka jestem". Może potem przerodziło się w coś głębszego.
Stała się moją Mentorką, zarówno na drodze służbowej, jak i prywatnej. Za co jestem Jej ogromnie wdzięczny.
Bo w miejscu, które nie dawało rozwoju, Ona dała mi coś ważniejszego: wsparcie. Kogoś, kto widział. Kogoś, kto nie próbował mnie naprawić, zmienić, zatrzymać na siłę. Po prostu rozpoznała drugiego wilka i pozwoliła mu być.
Może dlatego zostałem. Może dlatego, że po raz drugi w życiu, w pracy bycie gdzieś nie oznaczało bycia samotnym.
Cena pozostania
Śmierć małymi krokami
Zostanie ma swoją cenę. Nie dramatyczną, nie widowiskową – cichą. To śmierć w tysiącu małych kroków, z których każdy sam w sobie nic nie znaczy, ale razem składają się na coś, co trudno nazwać życiem.
Każdy dzień, w którym wchodzisz do miejsca, które nie daje Ci tego, czego szukasz, jest aktem mikrokapitulacji. Każdy tydzień bez rozwoju jest cegłą w fundamencie stagnacji. Każdy miesiąc rutyny jest miesiącem, którego nie odzyskasz.
Friedrich Nietzsche pisał: "Ten, kto ma po co żyć, zniesie prawie każde jak." Problem w tym, że moje "po co" – rozwój – nie istniało. Znosiłem "jak" bez "po co". To jest definicja egzystencjalnej pustki.
Co zostaje, gdy nic nie zostaje
Ale jest też druga strona. Zostając w miejscu, które nie daje rozwoju, odkryłem coś, czego ucieczka nigdy by mi nie pokazała: siebie w stagnacji.
Przez lata myślałem, że uciekam, bo jestem poszukiwaczem. Nonkonformistą. Kimś, kto nie zgadza się na przeciętność. Pięć lat w urzędzie pokazało mi prawdę: uciekałem, bo bałem się zobaczyć, kim jestem, gdy nie uciekam. A kim jestem? Zwykłym człowiekiem z lękami, ograniczeniami i bez potrzeby akceptacji. Nie do końca takim jak wszyscy.
To jest brutalny dar stagnacji: rozbija iluzje. Na razie nie ma gdzie uciec, więc musisz zostać z Sobą. I wtedy dowiadujesz się rzeczy, których wolałbyś nie wiedzieć.
Lekcje wilka w klatce
Czego nauczyłem się, nie rozwijając się
Paradoks pięciu lat: nie rozwinąłem się zawodowo, ale rozwinąłem się jako człowiek. Nie w sposób, jaki planowałem – ale czy planowane rozwoje są prawdziwe?
Lekcja pierwsza: trwanie jest umiejętnością. Nie szlachetną, nie ekscytującą – ale umiejętnością. Potrafię teraz zostać. Potrafię przetrwać rozczarowanie bez ucieczki. To nie jest powód do dumy, ale jest to coś, czego wcześniej nie umiałem.
Lekcja druga: nadzieja jest opcjonalna. Można funkcjonować bez niej. Można wstawać rano, iść do pracy, robić swoje – bez iskry, bez wiary w sens. To nie jest życie, jakie polecam, ale jest to życie, jakie jest możliwe. I czasem ta wiedza wystarcza.
Lekcja trzecia: tożsamość zbudowana na ucieczce jest tożsamością więzienia. Myślałem, że uciekając, jestem wolny. W rzeczywistości byłem więźniem własnego wzorca. Zostając, paradoksalnie, uwolniłem się – nie do szczęścia, ale od przymusu.
Dla innych wilków
Jeśli czytasz to jako ktoś, kto też ucieka – nie mam dla ciebie prostych rad. Nie powiem, że zostanie jest lepsze niż ucieczka. Nie powiem, że znajdziesz sens, jeśli wytrwasz. Może znajdziesz, może nie.
Powiem tylko to: ucieczka i pozostanie to dwie strony tej samej monety. Obie mogą być więzieniem, obie mogą być wolnością. Różnica leży w świadomości – czy wybierasz, czy reagujesz? Czy decydujesz, czy Twój wzorzec decyduje za Ciebie?
Podsumowanie: Pięć lat później, te same drzwi
Pięć lat temu wszedłem do urzędu z iskrą nadziei. Dziś, pisząc te słowa, muszę przyznać: iskra zgasła. Natomiast pojawił się we mnie ogień działania. Robię coś niczym Robinson Crusoe i nie czekam na okazję. Tworzę ją. Buduję coś. Chociaż nadzieja w tym miejscu na rozwój nie spełniła się. A Ja nie jestem tym, kim chciałem być, w miejscu, które miało mi to umożliwić.
Ale jestem kimś innym. Jestem człowiekiem, który przestał uciekać. Nawet lepszym niż bym mógł sobie wyobrażać. Nie dlatego, że znalazł raj – ale dlatego, że zrozumiał, że raj nie istnieje. Że każde miejsce to kompromis między oczekiwaniami a rzeczywistością. Że zostanie wymaga innego rodzaju siły niż ucieczka – nie większej, nie mniejszej, tylko innej.
Wilczek, który pięć lat temu stanął u tych drzwi, już nie istnieje. Nie wiem, czy to, co zostało, jest lepsze, czy gorsze. Wiem, że jest prawdziwsze. Mniej iluzji, mniej narracji, mniej dramatycznych ucieczek. Więcej szarości, więcej rutyny, więcej ciszy.
Czy polecam tę drogę? Nie. Czy jej żałuję? Też nie. Jest to po prostu moja droga – jedyna, jaką znam. I po pięciu latach mogę powiedzieć jedno z absolutną pewnością: jestem tu. Nadal. Czy będę tu? Pozwolę zostawić tę odpowiedź dla Siebie. Wystarczy, że najbliższe mi osoby wiedzą, że zatrzymam się dopiero w trumnie, ale jeszcze nie teraz.
Masz więcej pytań?
Nie wahaj się!
Wyślij swoje pytanie na Instagramie lub na adres:
© 2025. All rights reserved.
