Nie wszyscy, ale prawie wszyscy: o garstce, która nie gryzie młodych
Kontynuacja: „Za starzy, by odejść. Za wściekłi, by odpuścić, czyli zawodowe Limbo” Analiza psychologiczna
LEGOWISKOŚLADY W ŚNIEGU
Wilk Fenrir
2/2/202618 min czytać


W poprzednim tekście rozszarpałem na kawałki mit o starszych pracownikach jako filarach zespołu. Pokazałem Wam hieny, te zawodowe trupy, za stare, by odejść, za wściekłe, by odpuścić, zamknięte w limbo własnej frustracji, wyżywające się na każdym młodym człowieku, który ma nieszczęście wejść w ich rewir. Dostałem za ten tekst po głowie. „Generalizujesz." „Nie wszyscy tacy są." „Mój kierownik jest super." Dobrze. Słyszę Was. I dzisiaj jestem na tyle uczciwy, żeby powiedzieć: macie rację. Nie wszyscy. Ale zanim otworzycie szampana, przeczytajcie dalej, bo ta prawda nie jest tak słodka, jak myślicie.
Tak, istnieją starsi pracownicy, którzy traktują młodych po ludzku. Którzy nie nękają, nie poniżają, nie robią z nowych ludzi popychadła do swoich frustracji. Problem polega na tym, że tych ludzi jest tak dramatycznie, tak absurdalnie, tak boleśnie mało, że statystycznie moglibyśmy ich traktować jak anomalię. Jak białego kruka w stadzie sępów. Jak jednego wilka, który nie dołączył do stada hien, bo coś w jego psychice poszło, albo raczej nie poszło. Inaczej niż u reszty. I właśnie o nich chcę dziś napisać. Nie żeby ich idealizować. Nie żeby dawać Wam fałszywą nadzieję. Ale żeby oddać sprawiedliwość garstce, która zasługuje na to, żeby zostać zauważona, nawet jeśli tonąc w morzu toksyczności, jest prawie niewidoczna.
Teza jest prosta i bolesna: przyzwoitość wobec młodszych pracowników w polskim środowisku pracy nie jest normą, jest wyjątkiem. A ludzie, którzy ją reprezentują, nie są nagradzani za swoją postawę, są za nią karani. I mimo to trwają. Pytanie brzmi: dlaczego? I co to mówi o reszcie?
Dlaczego w ogóle musimy o tym rozmawiać
Żyjemy w kulturze pracy, która została zbudowana na hierarchii strachu. Nie szacunku, strachu. Starszy pracownik ma wiedzę, ma znajomości, ma niepisaną władzę nad nowym, bo zna zasady gry, której nowy nawet nie widzi. I w zdecydowanej większości przypadków ta władza jest wykorzystywana do jednego: do potwierdzania własnej pozycji kosztem słabszego. To nie jest polski wynalazek. Stanley Milgram w latach 60. pokazał, że większość ludzi posłusznie wykonuje polecenia autorytetu, nawet jeśli wiedzą, że krzywdzą innych. Philip Zimbardo w eksperymencie stanfordzkim udowodnił, że wystarczy dać normalnym ludziom władzę, a zamienią się w oprawców w ciągu kilku dni. Nasze biura, hale, magazyny i korporacje to mini-laboratoria Zimbarda. Różnica jest taka, że nikt nie przychodzi po sześciu dniach, żeby przerwać eksperyment. On trwa latami.
Aktualny stan wiedzy psychologicznej mówi jasno: zachowania prospołeczne, pomaganie, wspieranie, ochrona słabszych, w toksycznym środowisku są statystycznie rzadkie i psychologicznie kosztowne. Adam Grant w swoich badaniach nad kulturą organizacyjną podzielił ludzi na „dawców", „biorców" i „dopasowujących się". Dawcy to Ci, którzy pomagają bez kalkulacji stanowią mniejszość w każdej organizacji. I co gorsza, w toksycznych środowiskach to właśnie dawcy są najszybciej eksploatowani, wypalani i wyrzucani. System zjada swoich najlepszych ludzi, a karmi hieny.
Luka, którą chcę tutaj wypełnić, jest następująca: po moim poprzednim tekście wielu czytelników zinterpretowało przekaz jako „wszyscy starsi pracownicy to śmieci". Nie. Nie wszyscy. Ale Ci, którzy nie są, zasługują na znacznie brutalniejszą analizę niż klepanie po plecach. Zasługują na pytanie: co sprawia, że w tym samym toksycznym bagnie jeden człowiek decyduje się być przyzwoity, podczas gdy dziewięćdziesięciu pięciu pozostałych wybiera bycie hieną? I dlaczego to pytanie powinno przerażać Nas bardziej niż samo istnienie hien?
Hieny nie śpią
Zanim kogokolwiek docenię, muszę przypomnieć, od czego odbiłem w poprzednim tekście, bo kontekst jest kluczowy. Starszy pracownik-hiena to nie jest ktoś, kto „ma zły dzień". To nie jest ktoś, kto „po prostu jest wymagający". To ktoś, kto systematycznie, konsekwentnie i z pełną świadomością — choć często bez świadomości własnych motywacji, demoluje psychikę młodego człowieka wchodzącego na rynek pracy. Jak? Poprzez pozornie niewinne mechanizmy, które w skali są niszczycielskie.
Odmowa przekazania wiedzy: „Sam się naucz, nikt mnie nie uczył." Publiczne upokarzanie: „Ty to robisz? Ja to robiłem, jak miałem dwadzieścia lat, i robiłem lepiej." Izolacja społeczna: szepty na korytarzu, zmiana tematu, gdy nowy wchodzi do pokoju, wyłączanie z nieformalnych obiegów informacji. Sabotaż: „zapomniany" e-mail, „przypadkowo" pominięte zaproszenie na spotkanie, „nie wiedziałem, że też masz być przy tym projekcie". To nie jest paranoja młodych pracowników. To jest zorganizowany, choć rzadko uświadomiony, system utrzymywania władzy przez tych, którzy nie mają już nic innego do zaoferowania niż staż.
Erich Fromm pisał o nekrofilii w sensie psychologicznym, nie dosłownym jako o fascynacji tym, co martwe, co kontrolowalne, co nie może się sprzeciwić. Hiena firmowa jest nekrofiliczna w tym właśnie sensie: woli mieć obok siebie złamanego, posłusznego młodego pracownika niż żywego, kreatywnego człowieka, który mógłby ją przewyższyć. Bo złamany jest bezpieczny. Złamany nie zagraża. Złamany potwierdza, że hierarchia działa, że „stary wie lepiej", że „młodzi to za dużo chcą". I to jest tło, na którym ci nieliczni przyzwoici starsi pracownicy funkcjonują. Nie w neutralnym środowisku, a aktywnie wrogim wobec każdego, kto próbuje być inny.
Garstka, która nie zgniła: psychologia ludzi, którzy odmówili
A teraz o nich. O tych nielicznych. O ludziach, którzy pracują w tym samym bagnie co hieny: oddychają tym samym powietrzem, siedzą w tych samych biurach, podlegają tym samym presjom, a mimo to nie gniją. Co w nich jest innego? Nie zamierzam ich romantyzować. Nie są świętymi. Nie są bohaterami z filmów motywacyjnych. To zwykli ludzie, którzy z jakiegoś powodu podjęli inną decyzję niż większość. I właśnie ten „jakiś powód" jest psychologicznie fascynujący.
Po pierwsze, i to jest najbardziej fundamentalne: Ci ludzie mają coś, co Julian Rotter nazwał wewnętrznym umiejscowieniem kontroli. Wierzą, że ich wybory mają znaczenie. Kiedy cała reszta zespołu mówi „taki jest system, nic nie poradzę" i dołącza do nękania nowych, osoba z wewnętrznym umiejscowieniem kontroli mówi sobie: „Nie. Ja wybieram inaczej. Niezależnie od tego, co robią inni, ja odpowiadam za swoje zachowanie." To brzmi jak banalny truizm. Ale w praktyce — w codziennej, brutalnej praktyce toksycznego miejsca pracy — to jest akt odwagi porównywalny z wyjściem przed stado hien i powiedzeniem: „Nie ruszajcie tego dzieciaka, dopóki ja tu stoję."
Po drugie, Ci ludzie osiągnęli coś, co Erik Erikson w swoim modelu rozwoju psychospołecznego nazwał generatywnością, naturalną potrzebą przekazywania, wspierania, budowania czegoś dla następnych pokoleń. Problem z generatywnością polega na tym, że nie każdy dorosły ją osiąga. Wielu starszych pracowników utknęło na etapie, który Erikson nazwał stagnacją. Są zamrożeni w swoich frustracjach, niezaspokojonych ambicjach, poczuciu przegranego życia zawodowego. I ta zamrożona frustracja wylewa się na młodych jak kwas. Ci, którzy osiągnęli generatywność, nie potrzebują potwierdzania Swojej wartości kosztem słabszych. Ich wartość potwierdza się przez dawanie, nie przez zabieranie.
Po trzecie i tu wchodzę na teren, który boli wielu z tych przyzwoitych starszych pracowników ma za sobą własne traumy z początków kariery. Sami byli nękani. Sami przeszli przez piekło, które teraz widzą powtarzane na nowych. I tu następuje rozwidlenie dróg, które jest psychologicznie kluczowe: jedni mówią „mnie też tak traktowali, więc teraz ja tak traktuję" to klasyczny cykl przemocy, znany z badań nad przemocą domową. Drudzy mówią „mnie tak traktowali i wiem, jak to boli, więc nie zrobię tego drugiemu". Ci drudzy są rzadcy. Złamanie cyklu przemocy w rodzinie, w pracy, gdziekolwiek wymaga poziomu samoświadomości i siły wewnętrznej, na który większość ludzi po prostu nie stać. Nie z braku chęci, ale z braku zasobów psychicznych.
Viktor Frankl, psychiatra, który przetrwał obozy koncentracyjne, napisał: „Pomiędzy bodźcem a reakcją jest przestrzeń. W tej przestrzeni leży nasza wolność i możliwość wyboru odpowiedzi. W naszej odpowiedzi leży nasz rozwój i nasze szczęście." Ci nieliczni przyzwoici starsi pracownicy korzystają z tej przestrzeni codziennie. Każdego dnia dokonują wyboru, żeby nie być hieną. I każdego dnia ten wybór ich kosztuje bo system nie nagradza przyzwoitości. System nagradza konformizm.
Jak ich rozpoznać, skoro system ich ukrywa
Oto problem praktyczny, z którym mierzy się każdy młody pracownik wchodzący do nowej firmy: jak odróżnić wilka od hieny, skoro na początku wszyscy wyglądają tak samo? Hiena potrafi udawać miłą przez pierwsze dwa tygodnie, dopóki nie poczuje, że nowy jest wystarczająco zależny, żeby zacząć go gryźć. A prawdziwie przyzwoity starszy pracownik bywa z kolei tak ostrożny po latach funkcjonowania w toksycznym środowisku, że nie okazuje swoich intencji otwarcie, bo wie, że za to zapłaci.
Podpowiem Wam coś, czego nie znajdziecie w żadnym poradniku onboardingowym. Przyzwoitego starszego pracownika nie poznacie po tym, co mówi przy ludziach. Poznacie go po tym, co robi, kiedy nikt nie patrzy. To jest ktoś, kto po zebraniu, na którym szef publicznie was upokorzył, podchodzi do was na korytarzu i mówi cicho: „Nie przejmuj się, on tak ze wszystkimi, chodź pokażę ci, jak to naprawić." To jest ktoś, kto odpowiada na wasze maile w piątek o szesnastej, kiedy reszta zespołu dawno olała wasze pytanie. To jest ktoś, kto nie musi was poniżyć, żeby poczuć się kompetentny — bo jego kompetencja nie zależy od waszej niekompetencji.
Solomon Asch pokazał w swoich eksperymentach, że ludzie ulegają presji grupy nawet w sprawach oczywistych wystarczy, że trzy osoby podadzą błędną odpowiedź, a czwarta powie to samo, choć widzi prawdę. Ale Asch odkrył też coś drugiego, o czym się rzadziej mówi: wystarczy JEDEN sojusznik jedna osoba, która powie prawdę, a opór wobec presji grupy dramatycznie rośnie. Jeden. Przyzwoity starszy pracownik w toksycznym zespole to właśnie ten jeden sojusznik Ascha. Jego obecność nawet jeśli jest cicha, nawet jeśli jest dyskretna zmienia całą dynamikę dla młodego człowieka. Bo nagle nie jesteś sam. Nagle ktoś widzi to, co ty widzisz. Nagle nie jesteś szalony, jesteś potwierdzony.
I dlatego hieny instynktownie wyczuwają takie osoby i próbują je zneutralizować. Izolują je, wyśmiewają za „babienie nowych", marginalizują ich głos na zebraniach. „Co, znowu bronisz tego nowego? Może go od razu adoptuj." To nie jest żart, to strategia. Stado wie, że sojusznik słabszego jest zagrożeniem dla dynamiki dominacji. I robi wszystko, żeby go wyeliminować.
Cena, którą płacą i dlaczego organizacje ich tracą
Muszę wam powiedzieć coś brutalnego o tych ludziach: większość z nich jest wypalona. Nie wypalona robieniem swojej pracy, a wypalona byciem przyzwoitym w środowisku, które przyzwoitości nie toleruje. Christina Maslach, która stworzyła najbardziej uznany model wypalenia zawodowego, zidentyfikowała trzy jego wymiary: wyczerpanie emocjonalne, depersonalizację i obniżone poczucie osiągnięć osobistych. Przyzwoity starszy pracownik w toksycznym zespole trafia w każdy z tych trzech wymiarów, ale z innego powodu niż reszta.
Wyczerpanie emocjonalne? Codzienne opieranie się presji grupy zjada energię psychiczną jak nic innego. Każde zebranie, na którym milczysz, kiedy inni nękają nowego. Każda sytuacja, w której musisz zdecydować: interweniujesz i narażasz się, czy milczysz i umierasz trochę w środku? Depersonalizacja? Po latach funkcjonowania wśród hien tracisz wiarę w ludzi. Nie w młodych, a w swoich rówieśników. Zaczynasz widzieć ich jak mechanizmy, nie jak osoby. Obniżone poczucie osiągnięć? Pomagasz jednemu nowemu, dwóm, dziesięciu, a a system produkuje setki złamanych. Twoje wysiłki są jak rzucanie kamykami w lawinę.
I dlatego słuchajcie uważnie, bo to jest kluczowe Ci ludzie w końcu odchodzą. Nie odchodzą, bo są słabi. Odchodzą, bo są silni wystarczająco długo, żeby się złamać. To jest paradoks, który zarządy kompletnie ignorują: najcenniejsi ludzie w organizacji Ci, którzy budują kulturę od dołu, którzy trzymają młodych przy zdrowych zmysłach, którzy są jedynym mostem między pokoleniami. Odchodzą cicho i nikt ich nie zatrzymuje. Bo w oczach systemu nie byli ważni. Ważne były wyniki kwartalne, KPI i to, że „starzy ogarniają robotę". A „ogarnianie roboty" w rozumieniu zarządu nie obejmuje trzymania nowego pracownika za rękę, kiedy reszta zespołu próbuje go połknąć żywcem.
A potem zarząd dziwi się, że rotacja juniorów wynosi dwieście procent normy. Że nowi przychodzą i odchodzą jak przez drzwi obrotowe. Że employer branding jest w szambie. Nie widzą połączenia. Nie widzą, że ten jeden cichy, przyzwoity starszy pracownik, który odszedł pół roku temu, trzymał na barkach całą resztę i kiedy go zabrakło, konstrukcja się posypała. Bo hieny nie budują. Hieny tylko konsumują.
Nie wkładajmy ich do jednego worka, ale nie bądźmy naiwni
Teraz nadchodzi moment, dla którego piszę ten tekst. Wrzucam teraz suplement. Ale robię to na moich warunkach brutalnie i uczciwie.
Nie, nie wszyscy starsi pracownicy to hieny. Ale proporcja jest porażająca i nie zamierzam jej upiększać. Na każdych stu starszych pracowników, z którymi w życiu się zetknąłem osobiście, w badaniach, w rozmowach, w obserwacjach mogę na palcach jednej ręki policzyć tych, którzy konsekwentnie, trwale, niezachwianie traktowali młodszych z szacunkiem. Pięć, może siedem osób. Reszta rozkłada się tak: mniej więcej siedemdziesiąt procent to aktywne hieny — nękające, poniżające, sabotujące. Około dwudziestu procent to bierni obserwatorzy, nie gryzą sami, ale stoją i patrzą, jak inne gryzą, i nie ruszą palcem. I te pięć, siedem procent to ludzie, o których dziś piszę.
Ktoś powie: „Ale trzydzieści procent biernych obserwatorów to nie są hieny, nie bądź niesprawiedliwy." Odpowiem tak, jak odpowiedziałby Elie Wiesel, laureat Pokojowej Nagrody Nobla, który przeżył Holokaust: „Neutralność pomaga ciemiężycielowi, nigdy ofierze. Milczenie zachęca oprawcę, nigdy prześladowanego." Bierny obserwator, który widzi, jak starszy kolega niszczy psychicznie nowego pracownika, i milczy, nie jest neutralny. Jest współuczestnikiem. I choć nie gryzie sam, jego milczenie jest przyzwoleniem, które daje hienie poczucie, że jej zachowanie jest normalne, akceptowalne, a może nawet właściwe.
Więc tak: nie wkładam ich do jednego worka. Ale mówię wprost, że worek na hien i biernych wspólników musiałby być ogromny. A worek na przyzwoitych, zmieściłby się w kieszeni. I to jest prawda, której nikt wam w HR nie powie, bo jest zbyt brzydka, żeby ją drukować na plakatach motywacyjnych w firmowej kuchni.
Dlaczego to jest ważniejsze niż myślicie, czyli Efekt jednego Wilka w stadzie
Ktoś mógłby teraz zapytać: skoro ich jest tak mało, to po co w ogóle o nich pisać? Bo nie chodzi o liczby. Chodzi o wpływ. Jeden przyzwoity starszy pracownik potrafi zmienić trajektorię kariery młodego człowieka, a czasem życia. Nie przesadzam.
Znam historię faceta, nazwijmy go Marek, który w pierwszym tygodniu pracy w firmie produkcyjnej był tak nękany przez starszą zmianę, że planował odejść w piątek. W czwartek podszedł do niego jeden starszy operator, jedyny, który przez cały tydzień nie dołączył do nękania i powiedział: „Słuchaj, nie daj się im. Oni tak robią ze wszystkimi. Przyjdź jutro, pokażę ci, jak to naprawdę działa." Marek przyszedł. Został osiem lat. Dziś sam jest kierownikiem zmiany i nie nęka nowych. Bo ktoś mu pokazał, że można inaczej. Jeden człowiek. Jeden moment. Jedno zdanie.
To jest to, czego nie widzą zarządy, menadżerowie i działy HR w swoich excelach: efekt kaskadowy przyzwoitości. Jeden wilk, który potraktował młodego jak człowieka, tworzy młodego, który za kilka lat potraktuje kolejnego młodego jak człowieka. Jeden akt szacunku generuje łańcuch reakcji, który trwa latami. Ale i tu wracam do brutalności, ten efekt działa też w drugą stronę. Jedna hiena, która złamie młodego, tworzy młodego, który za kilka lat sam będzie hieną. Cykl przemocy kręci się dalej, pokolenie za pokoleniem, „bo mnie też tak traktowali i jakoś przeżyłem". Różnica jest taka, że hien jest dziewięćdziesiąt pięć, a wilków pięć. I dlatego cykl przemocy wygrywa.
Albert Bandura w swojej teorii społecznego uczenia się pokazał, że ludzie uczą się zachowań przede wszystkim przez obserwację modeli. Jeśli jedynym modelem, jaki młody pracownik widzi, jest hiena to nauczy się być hieną. Jeśli zobaczy choć jednego wilka, ma szansę. Choć jednego. I dlatego Ci ludzie, ta garstka, ta anomalia statystyczna, są ważniejsi, niż ich liczba sugeruje. Są jedynym dowodem, że system nie musi wyglądać tak, jak wygląda. Są żywym zaprzeczeniem tezy, że „tak po prostu jest i nic się nie da zrobić".
Co z tym zrobić?
Konkret zamiast kazania
Dosyć psychologii, czas na mięso. Jeśli jesteś młodym pracownikiem, który właśnie trafił do nowej firmy, obserwuj. Nie ufaj nikomu przez pierwsze tygodnie, ale obserwuj uważnie. Szukaj osoby, która nie bierze udziału w rytuałach dominacji. Szukaj kogoś, kto odpowiada na Twoje pytania bez sarkazmu, kto nie zmienia tematu, kiedy wchodzisz do pokoju, kto traktuje Cię jak człowieka, a nie jak intruza. Kiedy taką osobę znajdziesz, a znajdziesz ją tylko jeśli masz szczęście i pielęgnuj tę relację. Nie bierz jej za pewnik. Ta osoba ponosi koszty za swoją przyzwoitość, więc okaż wdzięczność, ale przede wszystkim, zapamiętaj, jak to jest być traktowanym po ludzku. Będziesz tego potrzebować za kilka lat, kiedy sam będziesz „starszym" i staniesz przed wyborem: hiena czy wilk.
Jeśli jesteś starszym pracownikiem i czytasz ten tekst z narastającym poczuciem rozpoznania, bo widzisz siebie w tych opisach, bo wiesz, ile Cię to kosztuje, bo zastanawiasz się, czy warto, powiem Ci wprost: warto. Nie dlatego, że system Ci podziękuje. Nie podziękuje. Nie dlatego, że zmienisz kulturę firmy sam. Nie zmienisz. Ale dlatego, że każdy młody człowiek, którego nie złamiesz, jest jednym mniej w armii przyszłych hien. Każdy, któremu pokażesz, że można inaczej, ma szansę powielić Twój wzorzec zamiast wzorca stada. To jest gra długoterminowa i jej efekty zobaczysz dopiero za lata, albo nie zobaczysz wcale. Ale trwasz, bo alternatywa, dołączenie do hien jest gorsza niż zmęczenie.
Jeśli jesteś w zarządzie, w HR, w jakiejkolwiek pozycji decyzyjnej i to naprawdę do Ciebie mówię przestań udawać, że problemu nie ma. Przestań wierzyć w ankiety satysfakcji, bo ludzie w toksycznych środowiskach kłamią w ankietach, bo boją się konsekwencji. Zacznij od jednej rzeczy: zidentyfikuj tych nielicznych przyzwoitych starszych pracowników i daj im narzędzia, wsparcie i widoczność. Stwórz formalne programy mentoringowe z prawdziwymi zachętami. Spraw, żeby pomaganie młodym było widziane, mierzone i nagradzane tak jak mierzysz sprzedaż, terminowość i obecność. Bo jeśli tego nie zrobisz, Twoi wilcy odejdą, zostaną ci same hieny, i za rok będziesz pisał kolejny raport o tym, dlaczego „młodzi nie chcą pracować".
I jedno jeszcze, kieruję to do biernych obserwatorów, do tych trzydziestu procent, które nie gryzą, ale stoją i patrzą. Wasze milczenie nie jest neutralnością. Jest wyborem. I za każdym razem, kiedy patrzycie, jak ktoś jest upokarzany, i nie mówicie ani słowa, dokonujecie tego wyboru na nowo. Nie musicie być bohaterami. Nie musicie rzucać się na barykady. Ale wystarczy jedno zdanie. „Hej, daj mu spokój." „To nie jest w porządku." „Chodź, pokażę Ci, jak to się robi." Jedno zdanie potrafi przesunąć kogoś z kategorii biernego obserwatora do kategorii sojusznika. A jeden sojusznik, jak pokazał Asch — zmienia wszystko.
Od siebie, bo ta historia jest też MOJA
Na koniec powiem od siebie jedno. Zaczynając pracę byłem młodym człowiekiem. Powtarzano mi uparcie, z każdej strony, na każdym etapie, że przyszłość należy do młodych ludzi. Że drzwi stoją otworem. Że wystarczy chcieć. Piękne, motywujące, okrągłe słowa. A potem wszedłem na rynek pracy i zrozumiałem, że to gówno prawda. Bo nigdzie, absolutnie nigdzie, nie dostałem realnej możliwości rozwoju jako młody pracownik. Ścieżki kariery, którymi mi machano przed nosem na rozmowach kwalifikacyjnych, okazywały się kłamstwem. Pustymi obietnicami wydrukowanymi na firmowych plakatach, za którymi nie stało nic poza cynizmem systemu, który potrzebował tanich rąk do roboty, a nie ludzi do rozwijania.
Trafiałem na przeróżnych ludzi, na przeróżnych stanowiskach, w przeróżnych firmach. Widziałem ich dziesiątki, może setki. I przez całą moją karierę, słuchajcie uważnie, bo ta liczba jest bolesna, tylko trzy osoby naprawdę wprowadziły mnie w pracę. Trzy. Na wszystkie firmy, wszystkie zespoły, wszystkich „doświadczonych kolegów" trzy osoby potraktowały mnie jak człowieka, któremu warto coś pokazać. Bez patrzenia na mnie jak na konkurencję. Bez strachu, że jak mnie czegoś nauczą, to im zabiorę stanowisko. Bez tej cholernej, trującej kalkulacji, która każe hienie widzieć w każdym młodym zagrożenie zamiast szansy.
Ale spośród tych trzech, tylko Jedna została moją Mentorką. Piszę to dużą literą, bo na to zasługuje. Nie skłamałbym, gdybym określił Ją mianem Autorytetu i nie mówię tutaj o autorytecie wynikającym z pozycji, ze stażu czy z wizytówki. Mówię o autorytecie, który buduje się przez postawę. Przez konsekwencję. Przez to, jak się traktuje ludzi, kiedy nikt nie wymaga, żeby traktować ich dobrze. Ta osoba nie musiała mi pomagać. Nie miała z tego żadnych korzyści w systemie, który nagradza tylko wyniki, a nie ludzką przyzwoitość. A mimo to pomagała i pomaga. Uczyła i uczy. Pokazywała drogę i pokazuje drogę. A co z tym zrobię to już zależy tylko ode Mnie. I tak jak napisałem wcześniej w tym tekście o tych nielicznych: taką osobą chciałbym być, gdybym jako starszy pracownik miał spotykać młodego człowieka na jego drodze. To jest mój wzorzec. Jedyny, jaki mam.
Żałuję, że nie spotkałem Jej wcześniej. Bo niestety i tu muszę być boleśnie szczery ze Sobą i z Wami przez lata doświadczeń wiele osób podcięło mi skrzydła. Systematycznie, konsekwentnie, dzień po dniu. Zniechęcono Mnie do wielu rzeczy, w których mogłem się rozwijać. Podkopano moją pewność siebie w miejscach, gdzie dopiero ją budowałem. Sprawiły, że nie potrafiłem się odnaleźć w kolejnych miejscach pracy bo gdziekolwiek nie poszedłem, niosłem na plecach cały bagaż wcześniejszych upokorzeń, odrzuceń i ciszy tam, gdzie powinna być pomoc. Tak działają hieny nawet kiedy od nich odejdziesz, ich kły zostają w tobie. Blizny nie znikają po złożeniu wypowiedzenia.
I tutaj muszę zrobić pewną adnotację bo uczciwość wymaga, żebym to powiedział wprost. Nie wspominam tu o osobach, które poznałem i poznawałem na swojej drodze, gdy zaczynałem pracę w różnych miejscach. Tych ludzi było wielu. Przewinęli się przez moje życie zawodowe jak cienie i tak jak cienie nie zostawili po sobie nic oprócz chłodu. Nie wspomnę ich z imienia, nie wspomnę ich firm, nie wspomnę ich stanowisk. Bo nie ma za co. Pomimo całej mojej wdzięczności, którą potrafię odczuwać, a potrafię, bo udowadniam to w tym tekście to tylko w obecnej pracy dziękuję za pokazanie mi ścieżki. Ścieżki, która mogła się dawno skończyć. Która powinna się dawno skończyć, biorąc pod uwagę, ile razy próbowano mi ją skrócić.
I jeszcze jedno bo byłbym nieuczciwy, gdybym pominął ten wątek. Na mojej drodze pojawiły się jeszcze dwie osoby, które poznałem zupełnie przypadkowo. Nie w ramach żadnej formalnej struktury, nie w relacji przełożony-podwładny, nie w procesie onboardingowym. Po prostu, los postawił mi ich na drodze. I te dwie osoby, choć nie są moimi mentorami w klasycznym sensie, robią coś, co w świecie hien jest niemal niespotykane: odpowiadają na moje pytania. Na pytania, które nieraz biorą się kompletnie od czapy, z ciekawości, z potrzeby zrozumienia, z tego dziwnego głodu wiedzy, który hieny próbowały we mnie zabić przez lata. Pytam o rzeczy, które nie mają sensu w kontekście mojego stanowiska, o rzeczy, które wykraczają poza moje kompetencje, o rzeczy, które normalny „doświadczony pracownik" skwitowałby słowami „a po co ci to wiedzieć?" albo „skup się na swojej robocie". A oni odpowiadają. Cierpliwie. Bez wywyższania się. Bez traktowania mnie jak intruza, który nie ma prawa pytać. I to jest właśnie ten dowód, o którym piszę w tym tekście, że nie wszyscy są tacy sami. Że istnieją ludzie, dla których dzielenie się wiedzą nie jest zagrożeniem, tylko naturalnym odruchem.
Dlatego mówię wam: wypatrujcie. Nie wszyscy są tacy sami. Ci, którzy mogą być Tymi Innymi, piszę to dużymi literami, bo na to zasługują, pojawią się nagle i niespodziewanie. Nie w ramach planu, nie w ramach programu mentoringowego, nie wtedy, kiedy ich szukacie. Pojawią się wtedy, kiedy najbardziej ich potrzebujecie, i często w ostatniej chwili, zanim zdecydujecie się odejść. Perła pośród bagna. Wilk pośród hien. Jeden głos, który mówi „chodź, pokażę Ci" zamiast „sam się ucz". Trzymajcie się tych ludzi. Są jedynym dowodem, że ten cały cholerny system nie jest jeszcze całkowicie stracony.
Podsumowanie: ostatnie wycie przed świtem
Podsumowując: napisałem ten tekst, bo byłem winien tym kilku procentom starszych pracowników, którzy nie są hienami i byłem winien Wam, czytelnikom, uczciwość po poprzednim tekście. Nie wszyscy starsi pracownicy to hieny. Ale Ci, którzy nimi nie są, stanowią tak dramatyczną mniejszość, że ich istnienie nie powinno Nas uspokajać, powinno Nas alarmować. W poprzednim tekście pokazałem ciemną stronę. Dziś pokazałem, że jest odrobina światła, ale ta odrobina jest tak mała, tak krucha i tak drogo kosztuje tych, którzy ją niosą, że trzeba bardzo uważnie patrzeć, żeby ją w ogóle zauważyć.
Wracam do tezy z początku: przyzwoitość wobec młodszych pracowników w naszej kulturze pracy nie jest normą, jest wyjątkiem. I ten wyjątek nie powinien nas pocieszać, powinien nas wkurzać. Bo to oznacza, że system jest tak fundamentalnie zepsuty, że bycie normalnym, ludzkim, przyzwoitym wymaga heroizmu. A żadna zdrowa organizacja nie powinna wymagać heroizmu od swoich ludzi, żeby traktowali się nawzajem po ludzku. Sam to przeżyłem. Sam byłem tym młodym, któremu podcięto skrzydła. I Sam znalazłem tę jedną perłę w bagnie za późno, ale jednak. Dlatego wiem, o czym piszę. Nie z książek. Z blizn.
Do tych kilku Wilków, które czytają ten tekst i się w nim rozpoznają: trwajcie. Do Mojej Mentorki, DZIĘKUJĘ! Do tych dwóch osób, które odpowiadają na Moje pytania z kosmosu, DZIĘKUJĘ!. Do każdego, kto kiedykolwiek potraktował młodego pracownika jak człowieka, a nie jak zagrożenie, DZIĘKUJĘ!. Nie dlatego, że system się zmieni jutro. Nie dlatego, że ktoś Wam za to zapłaci. Ale dlatego, że ten jeden młody człowiek, który dzięki Wam nie został złamany, ten jeden wystarczy. Bo pewnego dnia będzie stał tam, gdzie wy stoicie teraz. I będzie miał wybór. I jeśli wybierze tak jak Wy to znaczy, że ten cholerny las jest odrobinę mniej ciemny niż wczoraj. A to jest jedyna zmiana, która naprawdę ma znaczenie.
Masz więcej pytań?
Nie wahaj się!
Wyślij swoje pytanie na Instagramie lub na adres:
© 2025. All rights reserved.
